Doktor Tomasz Niewodniczański. Zbieracz, fizyk, przedsiębiorca, dobry na sezon ogorkowy



Trzy lata pertraktował z gangsterami, którzy ukradli mu bezcenny notes
Mickiewicza i dwa nowe bmw. Ze stratą samochodów się pogodził, notes
Mickiewicza trzyma w podziemnym bunkrze. Rozmowa z Tomaszem
Niewodniczańskim

Pańskie zbiory to najcenniejsza kolekcja kartograficzno--archiwalna
pozostająca dziś w rękach Polaka. Pamięta pan pierwszą kupioną przez
siebie mapę?
- To nie była mapa, lecz widok Damaszku z publikacji Brauna i
Hogenberga z roku 1576. I nie ja ten sztych kupiłem, lecz moja żona, w
warszawskim antykwariacie na Nowym Świecie, w 1967 roku. Kosztował
wtedy 2200 zł. Od jej prezentu się zaczęło.

Dlaczego wyjechał pan do Niemiec?
- Po studiach na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego dostałem
skierowanie do pracy do Instytutu Badań Jądrowych w Świerku. Pod
koniec 1956 roku 20 wyróżniającym się młodym pracownikom instytutu
zaproponowano zagraniczne stypendia, między innymi i mnie. Byłem
zapalonym narciarzem, więc wystarałem się o wyjazd na politechnikę w
Zurychu. Po półtora roku stażu władze politechniki zaproponowały mi
asystenturę w Instytucie Fizyki. Spędziłem w Szwajcarii sześć lat.
Dokończyłem tam doktorat z problemów jądrowych, dokładniej z
rozpraszania neutronów. No i poznałem piękną studentkę Marie Luise
Simon, Niemkę, która także studiowała w Zurychu. Zakochaliśmy się,
pobraliśmy się i do Polski wróciłem z żoną i doktoratem.

Trudno było namówić żonę do wyjazdu do komunistycznej Polski?
- Łatwo nie było, zwłaszcza że nie miałem w Warszawie mieszkania. Z
drugiej strony Marie Luise traktowała wyjazd za żelazną kurtynę trochę
jak zwariowaną przygodę. Już po naszym powrocie do Warszawy jako fizyk
jądrowy pracujący w Świerku dostałem służbowe M-4 na Bielanach. Gdy
urodził się nam pierwszy syn, teść, który był współwłaścicielem
znanego niemieckiego browaru Bitburger, kupił nam przez Pekao za 11300
dolarów domek na Mokotowie, na Miączyńskiej. Takie były wtedy ceny.

Jak żona odnalazła się w gomułkowskiej Polsce?
- Świetnie. Szybko opanowała język i zaczęła uczyć niemieckiego.
Zatrudniła się w spółdzielni pracy Lingwista. Przetłumaczyła pięć
książek o architekturze. Szło jej tak dobrze, że nie zarabiała gorzej
ode mnie.

W 1968 roku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych poprosiło moją
żonę o tłumaczenie oficjalnych pism do rządu zachodnioniemieckiego. Po
Marcu 68 z MSZ wyrzucono wszystkich Żydów, a tymczasem praktycznie
monopol na tłumaczenia urzędowe na niemiecki mieli wówczas tłumacze
pochodzenia żydowskiego. No i z konieczności, gdy ruszyły z kopyta
negocjacje Gomułki z rządem Brandta w sprawie zawarcia układu o
normalizacji wzajemnych stosunków i liczba depesz, not, pism lawinowo
wzrosła, nie było komu ich sprawnie tłumaczyć. Często wieczorem
przyjeżdżał z ministerstwa kurier z kolejnymi wersjami poufnych lub
tajnych tekstów dyplomatycznych i zapowiadał się po odbiór tłumaczeń
na wpół do ósmej rano.
Marie Luise umierała z przepracowania.
Tajna korespondencja rządu Gomułki była tłumaczona przez obywatelkę
Niemiec Zachodnich?
- Przyzna pan, że to zupełna farsa. Ale taka właśnie była nasza komuna
- raz straszna, raz groteskowa. Kiedyś przywiozłem ze Szwajcarii
paryskie wydanie "Doktora Żywago" Pasternaka i na granicy złapali mnie
celnicy. Książkę zatrzymali, bo nie wolno było wwozić wydawnictw
bezdebitowych. Zapytałem z głupia frant, czy nie mogliby odłożyć jej,
bo wracam do Zurychu za pięć dni i zabrałbym ją z powrotem. Odłożyli.
Ale kiedy odlatywałem, celnik z kluczem do depozytu gdzieś się
zawieruszył. Zapytałem, czy w tej sytuacji nie mogliby wysłać "Doktora
Żywago" do mojej matki w Krakowie. I urząd celny wysłał książkę do
niej na własny koszt!
Dzięki takim niekonsekwencjom, dzięki bałaganowi dawało się u nas
jakoś żyć. O wiele gorzej było w NRD.

Ale mimo to pan nie chciał dalej tu żyć.
- W pewnym momencie poczułem, że mam dość. W czasie Marca 68 jako
kierownik budowy akceleratora liniowego musiałem chodzić na zebrania
partyjne, chociaż członkiem partii nie byłem. Musiałem słuchać, jak
demaskowano szacownych naukowców za ich pochodzenie. Gdy jednego z
profesorów prowadzący nagonkę demaskował, że ma brata złotnika, sala
wyła: "Wyrzucić skurwysyna!".
Ale najgorsza była świadomość, że jesteśmy inwigilowani. Tajne służby
podejrzewały, że Marie Luise, a pewnie i ja, jesteśmy
zachodnioniemieckimi szpiegami. Oczywiście - atomowymi. Na
Miączyńskiej mieszkało paru amerykańskich dyplomatów, niektórzy z nich
mieli Niemki za żony. Utrzymywaliśmy z nimi kontakty towarzyskie. SB
uważała nas za podejrzanych tak bardzo, że gdy Marie Luise wychodziła
z synkiem w wózku na spacer, przez cały czas pięć metrów za nią
jechało dwóch panów w czarnym citroënie. Ale że tłumaczyła tajne
papiery dla MSZ, nie mieli pojęcia!

Pana nie śledzono?
- Wzywano mnie na rozmowy na Rakowiecką, do Pałacu Mostowskich, do
jakichś mieszkań kontaktowych. Pokazywano mi zdjęcia amerykańskich
silosów z rakietami zbudowanych w pobliżu Bitburga i namawiano, żebym
przy następnym wyjeździe do Niemiec czegoś się o nich dowiedział.
Odmówiłem. Powiedziałem, że tam mieszka rodzina mojej żony.
Niedawno uzyskałem dostęp do swoich papierów w IPN. Przyznano mi
status pokrzywdzonego. Okazało się, że byliśmy z żoną bardziej
osaczeni, niż się nam w najgorszych przypuszczeniach wydawało. Nasz
telefon i dwa pokoje w domu na Mokotowie były na podsłuchu. Już
wcześniej, na stypendium w Zurychu, blisko mnie działał donosiciel
wśród stypendystów, a w Świerku donosiło na mnie czterech agentów: TW
Kung, Junior, Andreas i Klamka.

Co donieśli?
- Że w pracy piję wódkę i śpię, że słucham Wolnej Europy.

Pił pan, spał, słuchał?
- Piłem, spałem, słuchałem. Podczas uruchamiania akceleratora
przesiadywałem w Świerku po kilkadziesiąt godzin. Czasem dla zabicia
zmęczenia wypiło się butelkę, czasem nad ranem podrzemywałem na
materacu rozłożonym za biurkiem.

Zdecydowałem się na emigrację w 1970 roku, gdy egzekutywa partyjna w
Instytucie Jądrowym przeforsowała dla mnie zakaz wyjazdów do krajów
kapitalistycznych. Poszło o aferę z moją żoną. Gdy uruchomiłem
wreszcie ten akcelerator, żona chciała się pochwalić moim sukcesem
przed rodziną i jadąc do Bitburga, zabrała ze sobą wycinki z
artykułami o akceleratorze z "Życia Warszawy" i jakiegoś pisma
popularnonaukowego. Miała też fotografię zrobioną mi razem z ministrem
ds. wykorzystania energii jądrowej podczas uroczystości w Świerku.
Enerdowscy celnicy znaleźli to wszystko podczas rewizji i oskarżyli
Marie Luise o szpiegostwo atomowe. W Polsce nic wprost nie mogli nam
zrobić, bo absurd całej tej hecy był zbyt oczywisty, ale uderzono w
nas pośrednio zakazem wyjazdów.
Wtedy zdecydowałem się na emigrację.

Ale miał pan zakaz wyjazdu.
- Dość szybko uchylono mi go. Przeglądając esbeckie dokumenty na mój
temat, stwierdziłem, że zadecydowała opinia ówczesnego członka KC,
wiceministra spraw wewnętrznych gen. Franciszka Szlachcica. Ton jego
odręcznej notatki na raporcie dotyczącym mojej osoby był
charakterystyczny: co się chłopu dziwić, że ciągnie do tych Niemców,
tam będzie miał przecież jedwabne życie.

Latem 1970 roku wysłałem żonę z dziećmi do Szwajcarii. Nie mieli
żadnych trudności z wyjazdem, bo zadbaliśmy, by każdy z trzech synów
miał obywatelstwo zachodnioniemieckie. Wtedy według przepisów
zachodnioniemieckich dzieci automatycznie otrzymywały obywatelstwo
ojca. Gdy zbliżał się termin pierwszego porodu, Marie Luise wsiadła do
pociągu Moskwa - Paryż i pojechała do rodzinnego domu. Ale tamtejsze
władze nie chciały się zgodzić na przyznanie Mateuszowi obywatelstwa
RFN. Wtedy mój teść, główny akcjonariusz browaru Bitburg, zagroził:
jeśli wnuk nie dostanie obywatelstwa, to on zamelduje się 20
kilometrów dalej, w Luksemburgu, i tam będzie płacił podatki. Jego
osobiste podatki to były spore sumy. Ta groźba spowodowała debatę na
szczeblu rządowym i w końcu stanęło na tym, że wszyscy moi synowie
rodzili się w Bitburgu jako bezpaństwowcy i w ciągu pierwszych trzech
tygodni życia zostawali naturalizowanymi Niemcami.

W dniu wyjazdu zameldowałem w naszym domku moją siostrę. Chodziło
rzecz jasna o to, by polskie władze nie skonfiskowały go z zemsty. Nie
zabieraliśmy rzeczy, żeby nie wzbudzić podejrzeń. W ostatniej chwili
zrobiło mi się jednak żal nart i spakowałem do samochodu cztery pary
plus parę butów narciarskich. Gdy na granicy zobaczył to celnik, a
była połowa lipca, myślał, że oszalałem. Powiedziałem mu, że jadę do
Szwajcarii i chcę pojeździć na lodowcu. Puścił mnie.

Co pan zamierzał robić w Szwajcarii?
- Chciałem zatrudnić się znów na politechnice w Zurychu. I oni byli
skłonni mnie zatrudnić, ale pod warunkiem, że wystąpię o azyl
polityczny. Odmówiłem, bo nie chciałem robić kłopotów rodzinie w
kraju. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do zachodnich Niemiec. Gdy
przekraczałem granicę szwajcarską, celnik zatrzymał mnie i powiedział,
że właśnie dostał telefon z Zurychu: wymóg deklarowania się jako
uciekinier polityczny pana nie dotyczy, proszę wracać. Ale nie
chciałem już wracać, miałem Szwajcarii dość. Zostałem w Niemczech. RFN
chciała przyznać mi obywatelstwo niemieckie, ale wybrałem prawo
stałego pobytu i pozostałem przy obywatelstwie polskim.
Przez trzy lata pracowałem naukowo w Instytucie Badań nad Ciężkimi
Jonami w Heidelbergu i w Darmstadt. W 1973 roku teść zaproponował mi
pracę w browarze Bitburger Brauerei Th. Simon.

Wiedział pan, że porzucając karierę naukową, już do niej nie wróci?
- To było dla mnie oczywiste. Skusiło mnie wyzwanie: pokierować
finansami wielkiej firmy to było coś! No i podniecające były zarobki.
Wtedy już wiedziałem, że chcę zbierać kartografię. Praca w biznesie
dawała dochody umożliwiające tworzenie poważnej kolekcji.
Z czasem okazało się, że praca w firmie teścia jest fascynująca.
Browar założył w 1817 roku jego prapradziadek Josef Simon. To był mały
browar, jakich tysiące w Niemczech: zatrudniał jednego pracownika, a
całą produkcję sprzedawał w rodzinnej knajpie. Gdy zostałem w nim
zatrudniony, Bitburger wytwarzał 190 tys. hektolitrów piwa i był
jednym z wielu średniej wielkości niemieckich browarów. Gdy
odchodziłem na emeryturę, produkcja była 17 razy większa. Bitburger
wraz z browarami do niego należącymi ma około 8 proc. niemieckiego
rynku.
W tym sukcesie mam udział i ja. Najpierw byłem dyrektorem personalnym
w firmie liczącej około 2 tysięcy pracowników. Kiedy zginął np. ktoś z
kolumny transportowej browaru, a takie wypadki co jakiś czas się
przydarzały, nazajutrz rano byłem u rodziny z kondolencjami i
propozycją pomocy. Do dziś jestem w Bitburgu znany i lubiany.
Z czasem zostałem dyrektorem finansowym browaru. Odpowiadałem za
decyzje warte wielkie pieniądze. Wymyślałem na przykład procedury
przetargowe na zakup linii butelkowania piwa wartych po 25 mln
ówczesnych marek.

I wreszcie zaczął pan kupować mapy na wielką skalę?
- O tak, ruszyłem z zakupami z kopyta. Dopiero wtedy, kupując rzeczy
najrzadsze, najcenniejsze, odkryłem, jak wiele przyjemności potrafi
dać kartografia. Oferuje przeżycia estetyczne, bo najlepsze mapy są
arcydziełami sztuki rytowniczej, i oferuje szczególne przeżywanie
historii. Kartografia wymaga wiele od zbieraczy. Trzeba znać się na
historii powszechnej i politycznej, na dziejach technik rytowniczych i
technik druku, trzeba dobrze rozumieć stan wiedzy i kulturową
świadomość epoki, z której mapy się kolekcjonuje.
Od początku miałem plan budowania kolekcji - zgromadzić wszystkie
stany wszystkich map, na których pokazano polskie ziemie.

Jak daleko jest pan od tego marzenia?
- W ciągu 20 lat zebrałem ponad 2300 map i widoków polskich miast.
Ciągle jednak brakowało mi wielu ważnych map Polski. Szczęście
uśmiechnęło się do mnie miesiąc temu. Na dwóch aukcjach w Niemczech
udało mi się zdobyć niemal wszystkie z listy poszukiwanych. Dziś mogę
odpowiedzialnie oświadczyć, że z ważnych dawnych map Polski brakuje mi
tylko jednej - dzieła Gerharda de Jode z portretem Batorego. Dziś
wiadomo o trzech zachowanych egzemplarzach: w petersburskiej
Bibliotece Sałtykowa-Szczedrina, w monachijskiej Landesbibliothek i w
Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Nie tracę jednak nadziei, że tego de
Jode też kiedyś zdobędę.

Pańskie zbiory to jednak nie tylko kartografia Polski.
- Z czasem poszerzyłem swe zainteresowania. Zacząłem zbierać
kartografię niemiecką, bo na dawnych mapach Niemiec zawsze widać spore
części Polski. Potem doszły starodruki. Nawiązałem telefoniczny
kontakt z wybitnym emigracyjnym pisarzem, bibliofilem i kolekcjonerem
Aleksandrem Jantą-Połczyńskim w Nowym Jorku. Po śmierci Janty-
Połczyńskiego wdowa Walentyna zaproponowała mi kupienie nie tylko jego
kolekcji map, ale i kolekcji listów Mickiewicza do Odyńca. Tak zaczęła
się archiwalna gałąź moich zbiorów, która wielkością dorównuje
zbiorowi kartografii. Mam w niej dokumenty pergaminowe wszystkich
królów Polski, począwszy od Kazimierza Wielkiego, i np. 13 wspaniałych
dokumentów króla Władysława Jagiełły, list gen. de Gaulle'a napisany w
Warszawie dwa tygodnie po bitwie warszawskiej 1920 roku z opisem jego
osobistego w niej udziału. Szczególnie dumny jestem z kolekcji
nieznanych rękopisów utworów Juliana Tuwima. Opublikowałem ją w Polsce
w 1999 roku. Ostatnimi laty doszły książki z dedykacjami sławnych
ludzi i listy więźniów z hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Mam
już ponad 1500 listów.

Jak pan kupuje listy obozowe?
- One od lat są w normalnym obrocie antykwarycznym na Zachodzie lub na
aukcjach filatelistycznych. Z Polski wywożono je i sprzedawano w
antykwariatach. Często powodem pozbywania się tych ostatnich pamiątek
po bliskich była bieda.
Dziś już wolniej uzupełniam swoje kolekcje. Już nie mam dość zdrowia
ani sił.

Tak ciężko zbierać?
- Bardzo ciężko. W latach 70. mieszkaliśmy w Bitburgu w wynajętym domu
niedaleko browaru. Rano, na wpół do ósmej, wychodziłem do pracy. Do 18
pracowałem nad finansami firmy, a potem szedłem na strych starego
budynku browaru, gdzie trzymałem swoje zbiory. Prawie nigdy nie
wracałem do domu przed północą. Muszę powiedzieć, że miałem
niesłychane poważanie w firmie i w miasteczku. Wszyscy mówili: "O,
Herr Doktor Niwo pracuje aż do północy!". Niwo, bo nikt nie potrafił
wymówić mojego nazwiska. Żona się śmiała, ale nie zdekonspirowała
mnie.

Co pan po nocach robił na tym strychu?
- Czytałem literaturę fachową, studiowałem katalogi. To katorżnicza
praca. W niemieckich domach aukcyjnych jest w ciągu roku mniej więcej
30 poważnych aukcji map i planów miast. Do tego dochodziły aukcje w
Londynie, przede wszystkim w Sotheby's, w Paryżu, w Belgii, Holandii,
no i niektóre aukcje w Stanach Zjednoczonych.
Niemal wszystkie weekendy w roku miałem zajęte: jak nie spotkania z
innymi kolekcjonerami albo naukowcami od kartografii, to aukcja.

Licytował pan osobiście?
- Na początku tak, bardzo to mnie bawiło.

Miał pan swój system licytacji?
- Nie, wcześniej ani nie kalkulowałem, ani nie ustalałem sobie cen,
powyżej których nie wolno mi wyjść. No i dlatego często kupowałem
bardzo drogo. Potem już zakładałem sobie górne limity, ale w czasie
aukcji ponosiły mnie emocje i licytowałem poza granice rozsądku. Nigdy
też nie mogłem wykluczyć, że widząc mnie w akcji, handlarze
nieuczciwie włączają się do licytacji i podciągają ceny. Dlatego już
od lat nie jeżdżę na aukcje. Mam kogoś, kto tam licytuje w moim
imieniu. Tak postępują wszyscy poważni zbieracze. Jeśli kupują
naprawdę cenne rzeczy, nie licytują sami, zawsze przez podstawione
anonimowe osoby. Prawda wychodzi dopiero przy płaceniu rachunku.

Wśród polskich zbieraczy kartografii uchodzi pan za wyjątkowego sknerę
podczas zakupów.
- Naprawdę? (śmiech). Może to zresztą i racja. Prowadząc finanse
browaru, nauczyłem się oglądać każdą markę dwa razy, zanim ją wydam.
Jeśli więc kupuję coś z rąk prywatnych, staram się wynegocjować jak
najniższą cenę. Ale na aukcji tak się przecież nie da. Przeciwnie,
podnoszenie oferty o najmniejszy dopuszczalny krok może doprowadzić do
wywindowania ceny na niebotyczne wyżyny. Dlatego czasem warto
spróbować zadać nokautujące uderzenie. Na aukcji w Sotheby's był
kiedyś wystawiony piękny atlas Orteliusza, bodaj za 8 tys. funtów. Gdy
zorientowałem się, że przymierza się do niego także znany antykwariusz
Loeb-Laroque, natychmiast strzeliłem: 20 tysięcy! I wygrałem.


Ale może, licytując spokojnie, mógł pan zapłacić o parę tysięcy
mniej.
- Tak nie wolno myśleć. Myśleć trzeba nie o oszczędnościach, ale o
tym, że przedmiot marzeń trzeba zdobyć.

Czy nie żałował pan zakupu jakiejś mapy?
- Nigdy! Natomiast bardzo często żałuję tego, czego nie kupiłem.
Jednym z największych handlarzy dawną kartografią w Amsterdamie był
nieżyjący już Nickolaus Nico Israel, niemiecki Żyd. Światowy handel
kartografią opanowany jest od niepamiętnych czasów przez niemieckich
Żydów. Nickolausa Nico, zwanego Nicko, znali wszyscy kolekcjonerzy
map. Uroczy człowiek, zaprzyjaźniłem się z nim. Niejeden raz leżeliśmy
na podłodze w jego antykwariacie przy Grose Kraach w Amsterdamie i
oglądaliśmy mapy.
W roku 1978 zgłoszono w londyńskim Sotheby's na aukcję piękny atlas
Ptolemejski, bodaj ze strasburskiego wydania z roku 1525. Sam w sobie
atlas nie był szczególnie rzadki, ale ten egzemplarz miał rzecz
bezcenną - odręczne notatki kartografa Abrahama Orteliusa na mapach i
na krawędziach map. Sotheby's ustalił dla tego atlasu estymację, czyli
wartości, pomiędzy którymi znajduje się rynkowa wartość licytowanego
obiektu, na 6-12 tysięcy funtów.
Na aukcji w Sotheby's nie ukrywałem, że będę go licytował, Podszedł do
mnie wtedy Nicko i upewnił się, że jestem Orteliusem na serio
zainteresowany. Siedzieliśmy obok siebie. Nicko też licytował i
szybko, już przy 8 tysiącach, zostaliśmy sami na placu boju.
Podbijając cenę po 500 funtów, dojechaliśmy do 23 tysięcy. Wtedy
zgłosiłem 23,5 tysiąca i wygrałem.
W przerwie podeszli do mnie znajomi Anglicy i mówią: Thomas, you are
crazy, ty jesteś wariat. Przecież Nicko od półtora roku próbuje dużo
taniej sprzedać ten atlas i nikt nie chce go kupić. Ja na to:
Niemożliwe! Anglicy: To spytaj Nicka.
Zapytałem: Jak to jest, że pan licytuje atlas, który pan sam zgłasza
do sprzedaży? Nicko zmieszał się i tłumaczy: Ach, panie doktorze, musi
pan zrozumieć, że jestem handlarzem, w moim sercu reprezentuję różnych
klientów. Jeden dał mi atlas do sprzedania, a drugi chce go kupić,
więc lojalnie licytuję w jego imieniu. Wściekłem się i wygarnąłem mu:
Panie Israel, takie historyjki to może pan opowiadać swojej cioci. Ja
przez pana zapłaciłem za ten atlas o 12 tysięcy funtów więcej, niż
gdyby licytacja była uczciwa. Oświadczam, że jestem gotów wydać trzy
razy tyle, ile wylicytowałem za atlas, byle tylko wszyscy handlarze i
kolekcjonerzy na świecie dowiedzieli się o pana zagrywce. Na to Nicko
powiedział: Pan jest szalony, panie doktorze, zadzwonię do pana za dwa
dni.
I zadzwonił. Zaproponował, że odkupi ode mnie ten atlas za 23,5
tysiąca funtów plus 10 procent opłat aukcyjnych. Zgodziłem się. I to
był błąd, bo odręczne wpisy Orteliusa to rzecz bezcenna. Dziś ten
atlas wart jest fortunę.

A Nicko?
- Na aukcjach zawsze odwracał się ode mnie i nigdy ze mną nie
rozmawiał. Ale nie byłem pamiętliwy. Gdy przed trzema laty zmarł,
wydano na jego cześć księgę pamiątkową. Dołożyłem się do sfinansowania
jej.

Starzy kolekcjonerzy mawiają, że kupując najlepsze przedmioty,
światowej klasy, płaci się nie pieniędzmi, lecz czasem. Bo jest tylko
kwestią czasu, kiedy cena dotrze do najbardziej nawet absurdalnego
poziomu.

- To bardzo ładna uwaga. Tak to właśnie jest.
Dlaczego zatem, wiedząc, że coś jest tak wielkiej klasy jak ten atlas
Orteliusa, nie zapłacił pan zawyżonej ceny, tylko wycofywał się?

- Kolekcjonerstwo to nie tylko żmudne zdobywanie pieniędzy,
studiowanie katalogów, pochłanianie setek tomów literatury fachowej.
To także gra, właściwie rodzaj hazardu, w której czasem chęć okpienia
partnera, urażone ambicja i duma biorą górę nad chłodną kalkulacją.
Przed 25 laty odwiedziłem w Waszyngtonie antykwariat, który pułkownik
amerykańskiej armii prowadził na terenie jednostki wojskowej.
Zobaczyłem tam arcyrzadką maleńką mapę Polski Beauplana, kartografa
francuskiego pracującego m.in. w służbie naszego króla Władysława IV.
Pułkownik chciał za nią 28 dolarów. Wiedziałem, że warta jest co
najmniej 1000 dolarów, ale z zimną krwią kupiłem za te 28.

Faul.
- Gdybym to zrobił w stosunku do starszej pani, która sprzedaje
rodzinną pamiątkę i nie wie, ile jest warta, to byłoby świństwo.. Ale
to był zawodowy handlarz, on powinien wiedzieć, czym handluje, tylko
że on nie odrobił zadania domowego, nie sprawdził w literaturze, ile
Beauplan jest wart.
Dwa tygodnie później pułkownik zadzwonił do mnie do Bitburga i
powiedział: Mam także mapę Ukrainy Beauplana, ale ponieważ nie był pan
wobec mnie uczciwy, to ja teraz oferuję Ukrainę za 5 tysięcy.
Odpowiedziałem, że daję 1500. Nie zgodził się. Zadzwoniłem znów i
zaoferowałem 2500. Nie zgodził się. Za trzecim razem zaproponowałem
2750, ale pułkownik był gotów zejść tylko do ceny 3500. Zirytowałem
się i dałem sobie spokój. Tydzień potem zadzwonił, że mapę kupiła
Biblioteka Kongresu.
Błąd?
- Jeszcze jaki! Dziś wiem, że tamten Beauplan był już wtedy wart co
najmniej 5 tysięcy dolarów. To był jeden z czterech tzw. stanów mapy
generalnej Ukrainy, jeden z dwóch znanych egzemplarzy tego stanu -
drugi znajduje się w zbiorach Österreichische Nationalbibliothek w
Wiedniu. Nigdy później ta mapa nie pojawiła się na rynku. Dziś ma
ogromną wartość.

Bywało, że wiedział pan, jak wielka przydarza się okazja, lecz nie
miał pan dosyć pieniędzy?
- Wiele razy. Zarabiałem w browarze nieźle nawet jak na zachodnie
stosunki, ale kupowałem bardzo dużo, agresywnie, zachłannie. No i
dlatego ciągle byłem w długach. Problem z wielkimi okazjami, co do
których byłem pewien, że są także fantastyczną lokatą kapitału,
rozwiązałem częściowo w ten sposób, że namówiłem żonę, by kupowała je
na własny rachunek. I Marie Luise brała między innymi rzadkie atlasy,
które już przed 30 laty były drogie. Dziś są one częścią mojej
kolekcji, ale prawną własnością mojej żony.
Czasami jednak musiałem bezsilnie patrzeć, jak bajeczne skarby znikają
mi sprzed nosa.
Przed laty contessa Doria z arystokratycznego rodu Doria znanego we
Włoszech już w XII wieku zaprosiła na drinka Emeryka Hutten-
Czapskiego, uroczego człowieka i wielkiego zbieracza emigracyjnego.
Przy kawie contessa stwierdziła, że rozmowa była tak miła, iż na
pamiątkę chciałaby podarować gościowi książeczkę. I podarowała - atlas
swojego przodka Andrei Dorii, XVI-wiecznego doży Genui i jednego z
najwybitniejszych admirałów owej epoki. Składają się na niego stare
mapy kartografów włoskich.
Emeryk Hutten-Czapski nie miał dzieci. Atlas Dorii odziedziczył po
wujku Emeryku mieszkający w Kanadzie Karol Godlewski. Przed 20 laty
pan Karol zadzwonił do mnie i zaproponował, żebym ten atlas kupił za
100 tysięcy marek. W tamtym momencie nie miałem tyle pieniędzy. A pan
Karol uparł się, że chce, by atlas Dorii poszedł w dobre ręce. Panie
Tomaszu, kusił mnie, możemy porozmawiać o cenie, obniżę do 80 tysięcy.
Odmówiłem po raz drugi i poradziłem mu, by oddał go do Sotheby's.
Atlas poszedł tam w przeliczeniu za 560 tysięcy marek. Kupił go
brytyjski fundusz emerytalny związku zawodowego pracowników kolei.
Atlas potem pojawiał się na londyńskich aukcjach, ostatnio osiągając
ceny powyżej 2 milionów funtów.

Czy miał pan jakieś wpadki, na przykład dał się nabrać na mapy
sfałszowane albo podrasowane?
- Przed laty zdarzało mi się to. Ale w ogóle się tym nie przejmowałem.
Patrzyłem na to jak matematyk, z punktu widzenia statystyki: przy
skali moich zakupów wpadki musiały się zdarzać, tak jak w wielkiej
firmie lotniczej raz na parę lat musi spaść samolot.
Przymykałem też oko na ewidentne nabijanie mnie w butelkę z wyceną
mapy, bo zawsze starałem się co pewien czas cokolwiek od wielkich
handlarzy kupić, by nie wypaść z ich notesu. Po to, by jak pojawi się
coś ekstra, w pierwszej kolejności zadzwonili do mnie.

Jaka jest dziś rynkowa wartość pańskiej kolekcji?
- Nie wiem. Ustalenie wyceny tak dużej kolekcji to praca dla zespołu
ekspertów, a nie dla jednego człowieka. Mogę tylko próbować szacować
jej wartość na podstawie wycen robionych przez firmy ubezpieczeniowe
dla tych części zbiorów, które woziłem na duże wystawy.

W Polsce zaczęło być o panu głośno po tym, jak skradziono panu sławny
"Album Moszyńskiego".
- To jeden z najważniejszych skarbów moich zbiorów archiwaliów. W
niewielkim oprawionym w czarną skórę notesie Adam Mickiewicz na 99
stronach własnoręcznie zapisał podczas pobytu na Krymie, w Odessie i w
Moskwie
42 utwory: sonety elegie, ballady, bajki, erotyki, przekłady z
Goethego. Jest tam też rękopis "Stepów Akermańskich", z nieśmiertelną
frazą: "Tak ucho natężam ciekawie, / Że słyszałbym głos z Litwy. / -
Jedźmy, nikt nie woła!". Większość z wierszy Mickiewicz w tym zeszycie
własną ręką poprawiał, uzupełniał. Słowem - skarb narodowy, bezcenny.

Skąd nazwa - "Album Moszyńskiego"?
- Marian Piasecki, plenipotent Mickiewicza, podarował go w roku 1829 w
petersburskiej Twierdzy Pietropawłowskiej Piotrowi Moszyńskiemu,
marszałkowi szlachty guberni wołyńskiej i działaczowi Towarzystwa
Patriotycznego czekającemu na zesłanie na Syberię, skąd wrócił on
dopiero po 20 latach. Do II wojny światowej album znajdował się w
Krakowie, w ręku rodziny Moszyńskich, potem historycy stracili z nim
kontakt. W 1989 roku zadzwoniła zaprzyjaźniona ze mną prof. Maria
Danilewicz-Zielińska, emigracyjny historyk literatury mieszkająca pod
Lizboną, i poinformowała, że album jest w posiadaniu pewnej pani,
która chce go sprzedać. Pani profesor Danilewicz była uroczą kobietą,
której wiele zawdzięczam. Dzięki niej między innymi zdobyłem obszerny
zbiór listów Kazimierza Wierzyńskiego. Prof. Danilewicz-Zielińska
skontaktowała mnie z właścicielką "Albumu Moszyńskiego". Po krótkich
rozmowach kupiłem go.

Kim była pani, która sprzedała album?
- Umówiłem się z nią, że nigdy nie wyjawię jej tożsamości i nie
ujawnię, za ile album kupiłem. Mogę powiedzieć tylko tyle, że
kosztował mnie wówczas równowartość dwóch nowych samochodów średniej
klasy.
Manuskrypty z tego albumu zostały wydane przez Arkady w II tomie
"Mickiewiczianów w zbiorach Tomasza Niewodniczańskiego" pod redakcją
naukową Janusza Odrowąża-Pieniążka. W lutym 1993 roku prof. Odrowąż-
Pieniążek zaprosił mnie na wernisaż książki do Muzeum Literatury na
warszawskim Rynku Starego Miasta, prosząc o przywiezienie tego albumu.
Wziąłem album do kieszeni, wsiedliśmy z żoną do samochodu i
pojechaliśmy z Bitburga do Polski.
W Muzeum Literatury podczas promocji wydania Arkad wyciągnąłem z
kieszeni oryginał i pokazałem obecnym. Wrażenie było piorunujące.
Samochód zaparkowałem na zapleczu muzeum, bo w trakcie wernisażu ktoś
z Arkad przywiózł mi 135 egzemplarzy ich wydania "Mickiewiczianów". Po
bardzo miłym wieczorze wróciliśmy na Miączyńską, do domu mojej
siostry, przed laty naszego własnego domu. Mieliśmy z żoną iść później
do teatru, a wczesnym rankiem wracać do Niemiec, więc Marie Luise
zaproponowała, żebym się na pół godzinki zdrzemnął. Zostawiłem
oryginał albumu w bagażniku, między książkami Arkad i starodrukami,
włączyłem tylko najprostsze zabezpieczenie i położyłem się. Gdy pół
godziny później wyszedłem przed dom, mojego bmw nie było.

Album był ubezpieczony?
- Skądże znowu, ja nigdy nie ubezpieczam naprawdę cennych rzeczy, bo
to jest niesłychanie kosztowne i tylko zachęca do kradzieży. Złodzieje
wiedzą, że jeśli nawet nie znajdą pasera, który zapłaci im odpowiednio
dużo, zawsze mogą negocjować okup z towarzystwem ubezpieczeniowym.
Gdybym się ubezpieczył, to nie straciłbym pieniędzy, ale "Album
Moszyńskiego" pozostałby w rękach złodziei.

Ale dlaczego nie wynajął pan firmy przewozowej z ochroniarzami?
- Taka firma oczywiście nie tylko ochrania, ale i ubezpiecza
przewożone zbiory, więc koszt specjalistycznego transportu jest
astronomiczny. Za te pieniądze mogę kupić coś naprawdę cennego do swej
kolekcji.
Najlepszym zabezpieczeniem jest wożenie skarbów jak kartofli, tak by
nikt nie mógł się domyślić ich obecności. Przed laty jeździłem do
Londynu na aukcje w Sotheby's samochodem. W 1976 roku wybrałem się
tam, by zapolować na atlas Joana Blaeua, 597 fenomenalnych map
oprawionych w 11 woluminach. Udało się, kupiłem. Włożyłem te 11 tomów
do bagażnika swojego mercedesa, rzuciłem na wierzch parę współczesnych
książek, podjechałem z 300 metrów do mojego ulubionego hotelu i
poszedłem spać. Rano zszedłem na ulicę i mało co nie dostałem zawału:
szyba w samochodzie wybita, plastikowa reklamówka z butelką lemoniady
i garścią jabłek - skradziona. Na miękkich nogach otworzyłem bagażnik,
a tam spokojnie leżały wszystkie tomy Blaeua warte ponad pół miliona
funtów.
Chociaż, kto wie, może ta historia oduczyła mnie ostrożności. Nie
przewidziałem, że mogą mi ukraść samochód.

Sądził pan, że złodziejom chodziło o samochód czy raczej o album?
- Nie miałem wątpliwości, że chodziło o samochód. To było służbowe
najnowsze, najdroższe bmw 750 z 12-cylindrowym silnikiem.
Najprawdopodobniej namierzono mnie już na granicy i złodzieje jechali
za mną do Warszawy.
Natychmiast pojechałem z siostrą na policję, ale tam dzielni
funkcjonariusze spisywali mnie mozolnie przez dwie godziny. Później
dowiedziałem się, że tak drogie samochody gangi przerzucają w ciągu
trzech godzin przez wschodnią granicę. Ręce mi opadły. Ktoś doradził
mi zgłosić się do słynnego detektywa Rutkowskiego. Dałem mu 6 tysięcy
złotych zadatku i nigdy więcej nie zobaczyłem. Okazało się, że to
zwykły żulik i oszust.
Policjanci byli mili, ale śledztwo prowadzili po amatorsku. Opis
albumu trafił na przejścia graniczne dopiero po paru dniach. Gdy
policjanci namierzyli warszawskiego pasera, który usiłował sprzedać w
antykwariacie XVI-wieczną książkę Marcina Kromera, także skradzioną na
Miączyńskiej razem z moim BMW, zamiast obserwować tego typa tak długo,
aż doprowadzi do wspólników, aresztowali go. Wykręcił się, że kupił
starodruk na pchlim targu przy Wolumenie i został oskarżony jedynie o
paserstwo. A trop prowadzący do złodziei albumu urwał się.
Gdy zaproponowałem policji, że przyjadę do Warszawy swoim luksusowym
bmw i zostawię je na ulicy na wabia, usłyszałem od nich, że to byłoby
działanie nielegalne. Ręce opadały, naprawdę.

Kiedy zdecydował się pan zapłacić złodziejom okup?
- Gdy tylko zorientowałem się, że policja albumu nie odzyska.
Przez rok próbowałem po omacku znaleźć jakiś ślad po złodziejach,
jakiś kontakt. Zgłaszali się rozmaici pośrednicy, ale szybko okazywało
się, że to drobni oszuści. Dopiero, gdy w rok po utracie samochodu z
albumem zdecydowałem się na opublikowanie w "Magazynie Gazety
Wyborczej" historii kradzieży razem z moim apelem do złodziei o
nawiązanie kontaktu, zadzwonił do mnie ktoś, kto przedstawił się jako
Rysiek. Od razu poczułem, że to nie jest naciągacz.
Telefonowaliśmy do siebie wiele razy, w końcu spotkaliśmy się. Gdy
przyjeżdżałem do Warszawy, zawsze zatrzymywałem się w Hotelu
Europejskim. Pewnego razu, późnym wieczorem, już po godzinie 23,
zadzwonił telefon hotelowy. Rysiek zaproponował, żebym zszedł do barku
na kawę. To był młody człowiek, około trzydziestki. Nie wyglądał na
zwykłego bandziora, rozmawiał ze mną dość kulturalnie.

Nie bał się pan?
- A czego? Przecież rozmawialiśmy w hotelu. Zresztą gdyby gangsterzy
chcieli mnie porwać, mogliby napaść na mnie w każdej sytuacji. Tylko
po co? Ich interesem było wzięcie ode mnie okupu za album.

Działał pan w tajemnicy przed policją?
- Skądże znowu, o wszystkim informowałem następnego dnia panią
komisarz, która zajmowała się tą sprawą. Policja nie była zachwycona,
że podjąłem kontakt z gangsterami. Pani komisarz ostrzegała mnie, że
ten Rysiek to osobnik bardzo niebezpieczny. Twierdziła, że jest
podejrzany o głośne zabójstwo w hotelu Marriott, ale że nie ma na to
dowodów, które ostałyby się w sądzie.
Potem po każdym telefonie od Ryśka i umówieniu się z nim na spotkanie
zawiadamiałem Pałac Mostowskich. I za każdym razem Rysiek oddzwaniał:
Oj, panie Tomaszu, pan znowu dzwonił na policję, nie tak się
umawialiśmy. I nie przychodził. To było ewidentne, że gang ma jakąś
wtyczkę w komendzie wojewódzkiej.
Wtedy zrozumiałem, że sprawę muszę dokończyć sam, bez policji.

Jak zakończyć?
- Zapłacić złodziejom. Zacząłem spotykać się z Ryśkiem bez
powiadamiania policji. On jak zwykle dzwonił do mnie w nocy do pokoju
w Europejskim i rozmawialiśmy w barku na dole. W końcu pokazał mi
fotografię albumu.
Uzgodniliśmy cenę.

Ile?
- Dużo więcej, niż zapłaciłem, kupując album w 1989 roku, ale dużo
mniej, niż złodzieje żądali na początku. Miałem w ręku mocne
argumenty. Sprawa stała się głośna nie tylko w Polsce, ale i w
Europie. Docierały do mnie sygnały, że album oferowano różnym
antykwariuszom w Polsce i na Zachodzie, że ktoś sondował, czy
przyjąłby go do sprzedaży dom aukcyjny w Amsterdamie - ale wszyscy
marszandzi nagabywani w tej sprawie odmawiali.
W kwietniu 1997 roku umówiłem się telefonicznie z Ryśkiem, że spotkamy
się w Marriotcie i tam wykupię album. Pojechałem do Polski nowym bmw
730, tym razem skromniejszym, sześciocylindrowym. Na szyi zawiesiłem
woreczek z gotówką. Miałem kłopot z zapięciem koszuli tak, by
wyglądało wszystko naturalnie, bo woreczek był gruby. Zanocowałem w
Poznaniu i nazajutrz rano wjechałem do Warszawy. Przy nieistniejącej
już dziś stacji benzynowej Texaco na Wolskiej zauważyłem, że kierowca
mercedesa na poznańskich numerach daje mi znaki. Pojechałem dalej, ale
po chwili kierowca poloneza pokazał mi na migi, że mam coś nie w
porządku z kołem. Byłem na tym punkcie przeczulony, bo rok wcześniej,
gdy w warsztacie zmieniałem opony zimowe na letnie, mechanik nie
dokręcił prawego przedniego koła i odpadło mi w czasie jazdy.
Zjechałem na stację benzynową, zatrzymałem się, uchyliłem drzwi i
zanim zdążyłem wysiąść i obejrzeć koła, nie wiadomo skąd wyskoczył
młody człowiek, wypchnął mnie z mojego bmw i z piskiem opon odjechał.
Starałem się trzymać drzwi, ale po kilkunastu metrach odpadłem. Nikt
mi nie pomógł. Na tej dużej stacji stało kilkanaście osób i wszyscy
się ze mnie śmiali.
W samochodzie została marynarka z paszportem, z dokumentami samochodu.
Ale najważniejsze - nie straciłem gotówki. Co tam samochód, sprawa
szła o album. Natychmiast wezwałem policję i zgłosiłem napad. Potem
zadzwoniłem do Ryśka i nakrzyczałem na niego: Ludzie, dlaczego
kradniecie mi samochód? A on na to: Ooo, panie Tomaszu, ja o tym nic
nie wiem.
Przełożyłem sfinalizowanie wykupu albumu na następny dzień. Rysiek
uparł się, by nie spotykać się w Marriotcie, ale w mieszkaniu mego
brata.

Jak wyglądało wręczanie gangsterom okupu?
- Jak na filmie. Zatrzymałem się wtedy u mojego brata, znanego
profesora fizyki, prezesa Agencji Atomistyki. Mieszkał w spokojnej,
cichej uliczce niedaleko Wilanowa, w domu rządowym strzeżonym przez
BOR. Pamiętam, że naprzeciwko mieszkała pani Ewa Wachowicz, była Miss
Polonia i ówczesna rzecznik rządu. Przyszli we dwóch przed czwartą po
południu, bez problemu dostali się na górę, zadzwonili do mieszkania i
powiedzieli: mamy to na dole. Wziąłem kopertę z gotówką i zszedłem z
nimi. Przy ich samochodzie stał jeszcze jeden gangster i to on trzymał
w rękach album. Dałem mu kopertę. Wziąłem album, położyłem na masce
ich samochodu i zacząłem oglądać w świetle ulicznej latarni.
Straszliwie poplamiony, cały w brązowych zaciekach, tak intensywnych,
że na części stron nie było widać pisma, skórzana oprawa była w
ruinie. Bez wątpienia jednak miałem w rękach oryginalny, kompletny
"Album Moszyńskiego".
Gangster przeliczył marki i na koniec powiedział: "Panie Tomaszu, pan
jest poważnym człowiekiem, pan nie będzie próbował nic dalej w tej
sprawie robić. My wiemy, że pan ma siostrę Justynę, która mieszka na
Miączyńskiej i ma troje dzieci. Po co ma stać się im coś złego?".

Czuł się pan oszukany, że album był w tak złym stanie?
- Nie, to nie miało dla mnie znaczenia. Liczyło się tylko to, że mam
go z powrotem. Wiedziałem, że współpracująca ze mną konserwatorka pani
Ewa Ważyńska zrobi wszystko, co możliwe, by przywrócić mu świetność.
Pracowała nad nim przez rok i, jak pan widzi, album jest czytelny.
Jedne strony są niemal bez zacieków, inne z plamami, których nie dało
się usunąć, bo pochodziły, jak stwierdziła konserwatorka, z gnijących
owoców. Złodzieje najwyraźniej wyrzucili kajecik do śmieci i odszukali
go po blisko trzech latach, gdy przeczytali w "Gazecie Wyborczej", jak
bardzo jest cenny.
Ale to nie był koniec moich strat związanych z albumem. Parę dni po
odzyskaniu go ktoś zadzwonił z Polski do Niemiec i zaproponował mi
zwrot skradzionego na stacji benzynowej samochodu za okup w wysokości
20 procent jego wartości. Przystałem na to. Byłem przekonany, że moje
bmw porwał ten sam gang, który ukradł mi samochód z "Albumem
Moszyńskiego". Mój syn Mateusz, który pracował już wtedy w bitburskim
browarze, jechał w interesach do Polski i zaoferował się, że sprawę w
moim imieniu załatwi. Zatrzymał się w Warszawie, w hotelu Victoria.
Powtórzył się scenariusz z moich rozmów z gangsterami w Warszawie.
Ktoś zadzwonił do pokoju syna i powiedział, że czeka w holu na dole.
Tam jakiś mężczyzna dał Mateuszowi notatnik z telefonami. Syn
zadzwonił do mnie, opisał go - to był notatnik skradziony wraz z
samochodem. Syn pokazał kopertę z pieniędzmi i razem ruszyli na
parking. W drzwiach hotelu gangster nagle wyrwał synowi kopertę z
ręki, wskoczył do czekającego na niego samochodu i tyle go widziano.
Potem jeszcze w tej sprawie ktoś telefonował do mnie, ale zerwałem
wszelkie kontakty. Album kosztował mnie już dosyć pieniędzy i emocji.

I reputacji. Po kradzieży wielu naukowców miało panu za złe, że
lekkomyślnie doprowadził pan do utraty bezcennej narodowej pamiątki.
- Było gorzej. Znana pani profesor publicznie stwierdziła, że jest
niedopuszczalne, by takie skarby mogły znajdować się w prywatnych
rękach, że powinno się ten album od razu Niewodniczańskiemu odebrać.
Ale takimi oskarżeniami w ogóle się nie przejmuję. Ryzyko, i to duże,
wpisane jest w pasję kolekcjonerską.

Jest pan zbieraczem uczciwym?
- Uważam, że tak.

A co to znaczy być uczciwym zbieraczem?
- Trzeba dokonywać właściwych wyborów. A to wcale nie jest proste, to
wymaga nieustannego namysłu, analizy okoliczności, balansowania na
granicy prawa i dobrych obyczajów. Proszę pana, jeśli ktoś ma
mentalność harcerza, który nie klnie, nie kłamie, nie pije wina i
każdą staruszkę natychmiast przeprowadza przez ulicę, to może zbierać
etykietki z pudełek zapałek, a nie dzieła sztuki wielkiej klasy.

A właściwie dlaczego?
- Bo ktoś taki nigdy najlepszych dzieł nie zdobędzie, a już na pewno
nie zbuduje wyjątkowej kolekcji. Zdobywanie kolekcjonerskich rarytasów
to bardzo często walka, wolnoamerykanka, a nie zakupy w
supermarkecie.
Nawet wielcy, liczący się na światowym rynku antykwariusze w trakcie
negocjacji dają do zrozumienia, że chętniej przyjmą gotówkę niż czek
czy przelew. Dlaczego? No, nie bądźmy dziećmi - jak ziemia okrągła,
urzędy podatkowe są najbardziej znienawidzoną instytucją państwową.
Haracz, jaki biorą od zakupu dzieł sztuki w niektórych krajach
europejskich, sięga 30 procent. Na całym świecie najpoważniejsi
handlarze biorą gotówkę i szerokim łukiem omijają urząd podatkowy.

A panu zdarzało się płacić gotówką?
- Ależ oczywiście, niejeden raz. Ja przestępstwa żadnego nie
popełniałem, a co dalej z moimi pieniędzmi robił marszand, to już nie
moja sprawa. Ja nie jestem od obywatelskiego wychowywania handlarzy
sztuką, ja jestem od zbierania sztuki. A jeślibym się upierał przy
przelewie, to być może antykwariusz wolałby zrobić interes z kimś, kto
płaci nieco mniej, ale gotówką.

Kupił pan kiedyś coś skradzionego z innego zbioru?
- Sądzę, że tak. Przynieśli mi kiedyś w Niemczech jacyś ludzie ciekawą
mapę, kupiłem. Potem, gdy rozebrałem oprawę, zobaczyłem na odwrociu
dwie pieczątki znanego polskiego muzeum pałacowego.

Zwrócił ją pan?
- Nie. Kupiłem ją w dobrej wierze. W systemie prawnym każdego
europejskiego kraju nabywca jest prawnie chroniony w przypadku kupna w
dobrej wierze. A tych, którzy mi to sprzedali, można niestety szukać
jak wiatru w polu.

A odmówił pan kupna czegoś interesującego, bo podejrzewał pan, że
zostało skradzione?
- Niejeden raz. Odmawiam wtedy, gdy mam pewność, że obiekt został
skradziony. Albo będzie skradziony. Od czasu do czasu znana osoba w
środowisku poważnych kolekcjonerów pyta mnie: panie Tomaszu, czy nie
jest pan zainteresowany pewną rzeczą z jakiejś ukraińskiej biblioteki?
To rzecz z przedwojennych polskich zbiorów kresowych, które sowieckie
instytucje zagarnęły w czasie wojny, a po rozpadzie ZSRR przejęli
Ukraińcy. Możemy ją Panu "zorganizować...".
Zawsze odpowiadam: nie. Ostatnio zaproponowano mi ogromną kolekcję
listów pułkownika Jana Kozietulskiego, sławnego żołnierza
napoleońskiego, do siostry. Arcyciekawy zbiór, pułkownik pisał do niej
niemal codziennie. Ale odmówiłem. Najprawdopodobniej jest to część
kolekcji Dunin-Borkowskiego, a wiadomo, że cenne rzeczy były z niej po
cichu wyciągane i sprzedawane za plecami właściciela przez osoby mu
bliskie. Takich rzeczy nie chcę.
Ale gdy jedynie mam wątpliwości co do pochodzenia, a nie pewność, że
rzecz została skradziona, to kupuję. Wielki kolekcjoner Emeryk Hutten-
Czapski, sprzedając swoje mapy, z reguły pieczętował je odpowiednim
stemplem i podpisywał wyjście ich ze swoich zbiorów. Ale bywało, że
tego nie robił. Trafiła mi w ręce mapa z jego znakami własnościowymi,
jednak bez pieczątki potwierdzającej sprzedaż. Może skradziono ją, a
może Hutten-Czapski sprzedał ją bez pieczętowania. W takiej sytuacji
byłbym naiwny, gdybym nie kupił.

Kolekcjonerstwo jest w jakimś sensie rodzajem psychologicznej
gimnastyki.
Czym jeszcze jest kolekcjonerstwo?
- Ciężką, wyniszczającą chorobą. Rujnuje życie rodzinne. Żona mogłaby
opowiedzieć całą litanię moich wad i przewin. Tak naprawdę, choć
zamężna, była samotną matką wychowującą trzech synów. Mnie prawie
nigdy nie było w domu, zawsze ślęczałem nad swoimi zbiorami albo
goniłem po świecie za kolejną mapą. Moi synowie wychowywali się bez
ojca. I jakoś zostałem już za to ukarany. Mimo że włożyłem wiele
pracy, by zaszczepić w nich pasję do kartografii, do kolekcjonerstwa,
wszyscy trzej otwarcie dziś mówią, że nie chcą z mapami mieć nic do
czynienia.
Marzyło mi się, że najmłodszy - Roman, przejmie kolekcję po mnie.
Właściwie to zmusiłem go, żeby poszedł studiować geografię. Dyplom,
planowałem sobie, miał zrobić z historii kartografii. Ale on tak
bardzo nie lubił dawnych map, że zwiał z tej historii kartografii i
pracę magisterską napisał o sytuacji producentów win nad Mozelą i
Saarą. Skończył studia winiarskie. Potem namówił matkę, by kupiła mu
zbankrutowaną trzyhektarową winnicę nad Saarą. To historyczna winnica
zakonu jezuitów w Luksemburgu. Znacjonalizował ją Napoleon, żeby
sfinansować swoje kampanie wojenne. Kupiła ją wtedy holenderska
rodzina van Volxem i wina noszą do dziś tę nazwę. Roman ma już ponad
35 hektarów winnic. Gdy niemiecki prezydent federalny niedawno jechał
z oficjalną wizytą do papieża Benedykta XVI, biuro prezydenta zamówiło
na uroczyste watykańskie przyjęcie wina z winnicy Romana.
Tak, winiarzem jest wspaniałym, ale z dawnymi mapami nie chce mieć
wiele wspólnego.

A pozostali synowie?
- Mateusz, najstarszy, został po studiach jednym z dyrektorów naszego
browaru. A gdy firma postanowiła, że potrzebuje drugiego
Niewodniczańskiego na szefa produkcji, to Mateusz musiał wyjść z
browaru. W cywilizowanych krajach jest nie do pomyślenia, by w tej
samej organizacji publicznej albo prywatnej było dwóch braci. Taka
sytuacja z bliźniakami Kaczyńskimi na czele państwa jest w świecie
cywilizowanym nie do pomyślenia. Gdy przeszedłem na emeryturę, Mateusz
mógł zostać członkiem rady nadzorczej naszego holdingu i zajął się tam
operacjami finansowymi, a produkcją piwa zaczął zarządzać średni syn,
Jan.
Mateusz od pewnego czasu kolekcjonuje nowoczesną grafikę i malarstwo,
ale nie kartografię. Kupuje niewiele, za to bardzo dobre, bardzo
drogie rzeczy, które zresztą są najlepszą inwestycją. Gdy zbiera się
tak jak ja, dążąc do stworzenia kompletnej kolekcji tematycznej,
trzeba kupować wiele rzeczy, o których od razu wiadomo, że z czasem
będą drożeć bardzo wolno. Ale trudno - to jeszcze jeden koszt takiej
manii jak moja.

Żona nie interesowała się pańską pasją?
- Ależ tak, na początku bardzo pomagała mi, mierzyła, opisywała mapy.
W tym celu nawet nauczyła się łaciny. Ale w końcu nie wytrzymała
mojego tempa. Musiała poświęcić więcej uwagi synom, a z czasem
znalazła sobie własne pasje. Marie Luise jest z wykształcenia
architektem. Wyspecjalizowała się w ochronie zabytków budownictwa
wiejskiego w rejonie Bitburga. Za panowania cesarzowej rzymskiej
narodu niemieckiego Marii Teresy te ziemie przeżywały niezwykłą
prosperity gospodarczą. Chłopi budowali swe domostwa bardzo bogato i
pięknie. Prócz tego żona angażuje się w lokalną politykę, startuje w
wyborach lokalnych, kolekcjonuje antyczne greckie wazy. Nauczyła się
być tak zajęta jak ja.

Kolekcjoner musi być samotny?
- Kiedy umarł wielki zbieracz niemiecki prof. Klaus Stopp, byłem bodaj
jedynym kolekcjonerem na jego pogrzebie. Widać tak musi być.

Co dostał pan od swojej kolekcji w zamian?
- Drugie życie, pełne emocji. Już nie mówię o tej historii z "Albumem
Moszyńskiego", ale przecież trwające lata całe polowania na wymarzone
skarby brakujące do kolekcji, podchody, walki z innymi kolekcjonerami
dadzą się porównać tylko ze wspinaczką w wysokie góry, ze sportami
ekstremalnymi, no, może jeszcze z XIX-wiecznym polowaniem na grubego
zwierza w Afryce. A przy tym kolekcjonowanie to ogromna przyjemność
intelektualna. Ostatnimi laty skoncentrowałem się na zbieraniu
autografów sławnych ludzi. Lubię je przeglądać. Zawsze wprawia mnie w
świetny humor dedykacja Hitlera na książce dla jakiegoś starego
nazistowskiego towarzysza partyjnego. W 1937 roku Führer napisał: "A
jednak zwyciężyliśmy!".
A jakaż to przyjemność podglądać cudze życie sprzed wielu dziesiątek
lat w starych listach! A jaka frajda studiować dawne mapy, znajdować w
nich błędy albo, przeciwnie, rewelacje, których nie ma w podręcznikach
historii.
Ja z kolekcjonerstwa czerpię wyjątkowo dużo przyjemności, bo jestem
rzadkim typem zbieracza, który lubi pokazywać swoje zbiory. Większość
kolekcjonerów siedzi zazdrośnie na skarbach jak kwoka na jajach, nie
wpuszczają nikogo do domu. Wybudowałem w ogrodzie mojego domu w
Bitburgu pracownię z solidnym podziemnym bunkrem, w którym złożyłem
swoje skarby. Przez ten bunkier przewinęły się setki zaproszonych
gości. Pokazuję wszystko, pozwalam wziąć do ręki i przejrzeć "Album
Moszyńskiego", przekartkować najstarsze księgi.
Mam też wielką satysfakcję, że dzięki pomocy dwóch kustoszy mojej
kolekcji: najpierw Niemca, dr. Petera H. Meurera, a od siedmiu lat
Polaka - dr. Kazimierza Kozicy, publikuję katalogi, edycje źródłowe,
opracowania. Dzięki temu moja kolekcja istnieje w obiegu naukowym. To
wielka frajda wpaść na poważną aukcję w Wielkiej Brytanii czy w
Stanach Zjednoczonych i w opisie rzadkiej mapy przeczytać:
"Niewodniczański nie odnotowuje".
Ciężką pracą, ale i wyjątkową przyjemnością jest przygotowywanie
wystaw. Brałem udział ze swoimi mapami w kilkudziesięciu wystawach, od
Amsterdamu, przez Madryt, Barcelonę, miasta Niemiec, Polski, po Wilno.
Największą z nich była "Imago Poloniae", monumentalna ekspozycja 2272
obiektów, najpierw pokazana w Berlinie, potem na Zamku Królewskim w
Warszawie, gdzie otwierał ją prezydent Kwaśniewski.

Z ekspozycji "Imago Lithuaniae", pokazującej obraz Litwy, na żądanie
gospodarzy musiał pan wycofać wszystkie mapy, na których Litwa
widniała razem z Polską. Dlaczego się pan na to zgodził?
- Mam ogromny sentyment do Litwy. Pamiętam swoje dzieciństwo w Wilnie
- ojciec był profesorem Uniwersytetu Stefana Batorego, mama pracowała
w radzie miasta, w wydziale rolnictwa. Gdy wybuchła wojna, miałem
sześć lat i poszedłem do szkoły. Przez dwa tygodnie uczyłem się w
pierwszej klasie polskiej szkoły. Potem weszli Sowieci i na ścianie
klasy zamiast polskiego orła pojawił się portret Stalina. Kilka
miesięcy później miejsce Stalina na ścianie zajął prezydent Smetona,
bo Moskwa oddała Wilno Litwie. Latem 1940 roku, po wejściu Niemców,
zamiast Smetony zawisł portret Hitlera. Przez trzy lata na tajnym
komplecie uczyła mnie pani Swianiewiczówna, siostra uratowanego tuż
przed egzekucją w Katyniu Stanisława Swianiewicza. W końcu marca 1945
roku Sowieci wysłali moją rodzinę transportem repatriacyjnym do Łodzi.
Sentyment do Wilna z lat dziecinnych sprawił, że postanowiłem być
wyrozumiały dla litewskich kompleksów historycznych. Oni tam ciągle
czują się zagrożeni przez polską kulturę, ciągle rozpaczliwie się od
niej odsuwają, żeby zachować swoją tożsamość. Można się oburzać, można
się z tego śmiać, ale uznałem, że tak mały naród ma prawo do swoich
obsesji. Tak samo zachowują się Szwajcarzy w stosunku do kultury
niemieckiej.

Organizatorzy "Imago Lithuaniae" nie zgodzili się, by na otwarciu
przemawiał pan po polsku.
- Przełknąłem i to, przemawiałem po angielsku.
Ale jeśli sądzi pan, że tylko Litwini manipulują przy wystawach, to
jest pan w błędzie. W Krakowie gospodarze wyeksponowali starannie
wszystkie 2272 mapy i widoki miast na wystawie "Imago Poloniae", po
czym w ostatniej chwili wycofali trzy cudowne weduty Warszawy
Canaletta. Rzekomo nie wiedzieli, gdzie je powiesić. Biedacy. A
tymczasem później na wystawie moich rzeczy w Darmstadt dla tych trzech
widoków Warszawy wybudowano osobną salę ekspozycyjną, coś w rodzaju
kaplicy, bo są to dzieła wyjątkowo rzadkie i piękne.


Rytuałem przy okazji pańskich wystaw jest obdarowywanie gospodarzy
przez pana jakimś cennym eksponatem, a pana przez gospodarzy -
orderem.
- Zawsze ofiarowuję jakiś eksponat gospodarzom. Podarowałem coś
Szczecinowi, coś wrocławskiemu Ossolineum, swoje dostały Wilno i
dostanie Kijów. To nie są rzeczy szaleńczo drogie, ale staram się, by
były czymś ważnym dla obdarowanych. Dla Ukrainy wybrałem, po
konsultacji oczywiście, jeden z odręcznych listów hetmana Doroszeńki.
Wilnu ofiarowałem wielką XVI-wieczną panoramę Grodna M. Zuendta z 1568
roku, dla Gdańska przeznaczyłem rękopiśmienny plan miasta z 1812 roku.

Co będzie dalej z pańską kolekcją?
- Moja decyzja jest nieodwołalna: część polska zbiorów
kartograficznych i archiwalnych po mojej śmierci idzie jako depozyt do
Biblioteki Państwowej Funduszu Pruskiego Dziedzictwa Kultury w
Berlinie. Jeśli w ciągu następnych 25 lat władze polskie i niemieckie
dojdą do porozumienia i niemiecki zbiór tak zwanej Berlinki, czyli
cennych autografów niemieckich XVIII- i XIX-wiecznych kompozytorów,
między innymi Beethovena i Mozarta, oraz pisarzy wróci z Biblioteki
Jagiellońskiej do Berlina, strona niemiecka będzie musiała
niezwłocznie przekazać kolekcje po mnie do Muzeum Zamku Królewskiego w
Warszawie.

A jeśli takiego porozumienia nie będzie, jeśli "Berlinka" zostanie w
Krakowie?
- Wtedy moje kolekcje pozostaną na zawsze w Bibliotece Pruskiego
Dziedzictwa Kultury w Berlinie.

To szantaż wobec Polski.
- Wręcz przeciwnie, to premia za cywilizowane uregulowanie problemu
"Berlinki".

Przecież pan wie, że "Berlinka" została przewieziona pod koniec wojny
przez władze hitlerowskie na Dolny Śląsk, gdzie później odnalazły ją
władze polskie. I wie pan, że pozostaje ona w Krakowie także dlatego,
a może nawet przede wszystkim dlatego, że Niemcy uchylają się od
odpowiedzialności za gigantyczne straty kultury polskiej podczas II
wojny światowej.
- Zdaję sobie sprawę, jak Niemcy zachowali się wobec Polaków podczas
wojny. Także z tego powodu zacząłem skupować i archiwizować listy
obozowe. Ale mam też dług wobec narodu niemieckiego. W sferach ludzi
kulturalnych przyjęto mnie jak swojego, nigdy nie wytykano, że jestem
obcy czy gorszy. Stworzono mi warunki do pracy, do zarabiania dużych
pieniędzy, do gromadzenia tych zbiorów. Niemiecki uniwersytet w
Trewirze przyznał mi doktorat honoris causa za ratowanie dzieł
polskiej kultury. Jako zbieracz dobrze orientuję się w ogromie naszych
strat wojennych. I powiem panu więcej - Niemcy byli mistrzami w
niszczeniu cudzego dziedzictwa. Ale to przecież nie powód, by rękopisy
Beethovena czy Mozarta trzymać w areszcie. Co nam, Polakom, po 228
listach Goethego? Ich miejsce jest w Niemczech.

Wszyscy w Polsce zgadzają się, że "Berlinka" powinna wrócić do
Berlina, pod warunkiem jednak, że Niemcy wypłacą nam godziwą
rekompensatę za zniszczone i zrabowane dobra kultury.
- Przez lata namawiałem do tego niemieckie władze. W Berlinie w
zasadzie zgadzano się na utworzenie fundacji z kapitałem 300-400
milionów euro, która miałaby skupować z rynku światowego cenne
polonika dla polskich zbiorów publicznych. Ale Warszawa mówiła w tym
czasie o fundacji z kapitałem 2 czy nawet 3 miliardów euro. Na to dziś
w Niemczech żaden rząd nie dostałby zgody społecznej. Ale 25 lat to
kawał czasu. Mam nadzieję, że jakoś się Polska z Niemcami porozumie i
moja kolekcja trafi na Zamek w Warszawie. A co z resztą zbiorów, o
której powiedział pan kiedyś, że ma większą wartość rynkową od części
polskiej?
Dostaną ją w spadku synowie. Spory udział w wycenie tej części zbiorów
mają atlasy, które są własnością mojej żony.

Ma pan nadzieję, że wtedy synowie zainteresują się kartografią?
- Może się tą kolekcją zaopiekują, a może ją sprzedadzą. To już nie
moje zmartwienie. Moje zainteresowania nie sięgają tak daleko. Teraz
zajmuję się redagowaniem ogłoszenia o mojej śmierci. Wymyśliłem też
treść napisu na nagrobku. "Tomasz Niewodniczański. Zbieracz, fizyk,
przedsiębiorca".

Nie przygnębia pana myśl, że tak wspaniała kolekcja mogłaby ulec
rozproszeniu?
- Proszę pana, gdyby kolekcjonerzy, którzy żyli przede mną, nie
zmarli, a ich zbiory nie uległy rozproszeniu, ja nie miałbym szans
zebrać swojej kolekcji. Przedmioty zawsze krążą, taka jest kolej
rzeczy. Zostaje tylko pamięć.

.



Relevant Pages

  • Re: Marcowi emigranci Polakami. W stu procentach
    ... "To proste, jak kabluje na Polakow". ... defraudacji pieniedzy dekujacy sie w USA? ... Ale on jest Hauptmann i "co wolno wojewodzie to nie tobie...". ... Niech Pan bron Boze nie bierze zadnych tabletek na poprawe pamieci, ...
    (soc.culture.polish)
  • Re: Gdyby Polacy w 45-49 mieli takich obroncow jak dzis maja Gurkowie...
    ... juz Stefan Zeromski NAPISAL (tak samo jak Singer NAPISAL ten slynny ... "> Czy mozna prosic o link do tekstu p. Rossa z ktorego Pan cytuje? ... tak by bylo do sprawdzenia u Singera. ... Szkoda ze nie sprawdzil Pan jak sie ta dyskusja zaczela. ...
    (soc.culture.polish)
  • Re: W odpowiedzi p. Jerzemu Malcowi
    ... Tu zgubil mnie pan, p. Jerzy, bo jak ostatnio zagladalem na stragan z ksiazkami, do ksiegarni czy budki z gazetami, to nie widzialem zadnej antysemickiej literatury ani prasy. ... Poza tym zawsze mozna nastawic radio Tok FM, to dla odmiany cieszy sie stuprocentowym poparciem obecnego premiera. ...
    (soc.culture.polish)
  • Re: W Polsce wzrasta liczba rasistowskich przest?pstw - dzi?ki US Navy? :-)
    ... Rozplakalem sie nad losem biednych Polakow. ... Przekleci Zydzi - gdy nie Zydzi caly swiat uwazal by Polakow za ... Pan wyrzuca z mojego postu to, ... To mnie pan nienawidzi. ...
    (soc.culture.polish)
  • Re: Nie mieli wyjscia !!!
    ... > o calej klasie ludzi jak Pan. ... > Tak wiec nawet gdy nawet na scp nie istnial Tomaszewski ... > Tomaszewski, to jego funkcje spelniali Tomaszewski Miecz, Tomaszewski ...
    (soc.culture.polish)